Przechodziłam obok przedszkola, gdy usłyszałam takie stwierdzenie, wypowiedziane z rezygnacją przez małą dziewczynkę.

Spieszyłam się na spotkanie. W myślach przygotowywałam strategie jego przebiegu, gdy nagle wychwyciłam jednym uchem rozmowę małych „przedszkolaczek”. Dzieci bawiły się na dość dużym dziedzińcu wypełnionym nie tylko zabawkami i huśtawkami, lecz także drzewami dającymi cień w to upalne popołudnie. Mimo pośpiechu zatrzymałam się, żeby wysłuchać rozmowy do końca. Wiadomo, adopcja to moje życie, a rozmowy o niej to coś, do czego namawiam rodziców i dzieci od najmłodszych lat. Spodziewałam się, że dziewczynki mówią o jednym z kolegów z przedszkola. Byłam ciekawa, jak one rozumieją adopcję i dlaczego w ogóle zainteresowały się tym tematem.

– Oni go adoptowali – powiedziała dość rozczarowanym głosem dziewczynka z warkoczykami.

– No to co z tego? – dopytywała bardzo zaangażowana w rozmowę dziewczynka w różowym kapelusiku.

– No to, że przez to sprawia im duże problemy!

– Dlatego ze go adoptowali? – dociekliwie dopytywał różowy kapelusik

– Tak, bo wiesz, miał już swoje zwyczaje i na początku się przymilał, wszyscy w rodzinie myśleli, że będzie taki miły, ale po kilku dniach był zły.

Rozmowa zaczynała nabierać rumieńców, rzuciłam okiem na zegarek, spóźnienie mam jak w banku. Jest gorzej, niż myślałam nie tylko z uwagi na czas, lecz także dlatego, że nie mam odwagi wyciągnąć telefonu, żeby się usprawiedliwić, bo mogę spłoszyć dyskutujące młode kobiety…

– No tak, ja też bym chciała oddać – skwitował różowy kapelusik. 

– Ale to było trudne, bo mama mi mówiła, że to nie jest tak, że się idzie i wybiera, a potem można oddać. Trzeba przejść takie testy, zanim pozwolą adoptować – dokładnie tłumaczyła wyraźnie zorientowana w temacie dziewczynka z warkoczykami.

– To ta adopcja jest głupia, ja nie chcę adoptować. Jak będę chciała pieska, to poproszę mamę, żeby mi kupiła szczeniaczka w Internecie.

W tym momencie przepadł mój optymizm i prawie oparłam się o płot, zdradzając swoją obecność. Zniknęła też ciekawość, z którą zaczynałam słuchać dziewczynek. Było we mnie tyle radości, gdy myślałam, że małe dzieci tak spontanicznie poruszają temat adopcji kolegi z przedszkola czy podwórka. Niestety, to klasyczna sytuacja, w której adopcję dzieci stawia się na równi z adopcją zwierząt.

Już wielokrotnie podkreślałam, że nie chcę walczyć z tymi, którzy nadają zwierzętom prawa członków rodziny. Zwierzęta, które mam i które wcześniej miałam w rodzinie, zawsze były jej członkami. Ale nie ustawiałam ich na równi z dziećmi. Adopcja w moim rozumieniu i w wypowiedziach językoznawców jest zarezerwowana dla ludzi. Dlatego ja przygarniam zwierzęta, ale adoptuję dzieci. Dlaczego ci, którzy adoptowali pieska, nie mówią, że go urodzili? Bo dla mnie i moich dzieci adopcja jest równoznaczna z narodzinami. Ich narodzinami w rodzinie. Porównywanie adopcji dziecka do przygarnięcia opuszczonego zwierzaka jest okrutne dla dzieci. Moja córka doświadczyła tego osobiście, gdy kolega w piaskownicy, wspierany głosem swojej mamy, przekonywał ją, że jest tak samo adoptowana jak ich pies. Chciałabym, żeby to oni ocierali łzy z buzi mojego dziecka, którego poczucie wartości, tak bardzo nadszarpnięte, przez lata staram się odbudowywać. Ja adoptowałam swoje dziecko i tak stałam się jego matką, a ono – moim dzieckiem. A zwierzaki przygarnęliśmy do rodziny, w której mają należny im szacunek.