Jest południe. Poniedziałek. Jadę autobusem miejskim. Razem ze mną jedzie w nim kobieta. Widzę, że zmęczona – ale raczej nie pracą.

Z pewnością noc miała ciężką, w upale jednak dość szybko rozprzestrzenia się po autobusie charakterystyczny zapach wczorajszej imprezy. Alkoholu na niej nie brakowało. Tak jak nie brakuje wątpliwości, że źródłem zapachu jest ta kobieta. Na oko ma około 25 lat, dość atrakcyjna, ubrana skromnie, ale porządnie. Nie wygląda na bezdomną czy pijącą nałogowo, chociaż cera pokazuje, że takich imprez zaliczyła już sporo, na pewno ostatnimi czasy. W ręku trzyma butelkę wody mineralnej albo raczej butelkę po wodzie mineralnej z jakimś płynem w środku.

Siedzę przy ostatnich drzwiach autobusu, a ona stoi tuż obok mnie. Obserwują ją na tle wszystkich pasażerów. Widzę, że jej ciało dużo łatwiej poddaje się ruchom autobusu. Widzę też skupiony na niej wzrok ludzi, raczej pogardliwy i pełen oceny. Poświęcam jej całą swoją uwagę. Jest bardzo szczupła, wyniszczona. Widać, że jest zdenerwowana i bardzo uważnie wypatruje kolejnych przystanków. Może zawaliła pracę? Spieszy się? Nie wie, co powiedzieć szefowi? Dopisuję sobie prawdopodobne scenariusze. Jest młoda, więc może właśnie się spóźnia  na spotkanie z chłopakiem? Mężem?

Dojeżdżamy do kolejnego przystanku, a ja już widzę po niej, że to ten, na który czekała. Jej twarz się rozpromienia. Przez alkoholowe zmęczenie przebija się radość. Na przystanku widzę tylko młodą kobietę, właściwie dziewczynę, z dwójką dzieci – jeden chłopczyk ma około 7 lat, drugi, na oko dwuletni, siedzi w wózku. Gdy otwierają się drzwi, cały autobus wypełnia się najszczęśliwszym okrzykiem, jaki może wypłynąć prosto z dziecięcego serca: „MAMO!!!!”. Chłopczyk rzuca się jej na szyję, całuje ją, przytula. Wciąż powtarza: „Mamusia przyjechała, mama przyjechała”. Po zachowaniu matki widzę, że ona też kocha. Jest czuła, z uwagą słucha szczebiotu swojego syna, dyskretnie wyciera łzy. Drzwi zamknęły się z charakterystycznym sykiem, odcinając mnie brutalnie od tej najpiękniejszej, bezwarunkowej miłości.

Poczułam, jak łzy płyną też po moim policzku. Doświadczyłam czegoś bardzo ważnego. Dostałam lekcję, jak silna jest miłość dziecka do matki. Pomyślałam, że warto nam, rodzicom adopcyjnym, przypomnieć, że ta miłość jest też dana nam. Ale nie odbierajmy jej mamom biologicznym naszych dzieci. Nie oceniajmy ich. To, co zobaczyłam i usłyszałam w okrzyku tego chłopczyka, utwierdziło mnie w przekonaniu, że w naszych dzieciach jest wystarczająco dużo miłości dla obydwu matek. Pomóżmy im w to uwierzyć…