Dzień Dziecka Utraconego – nikt nie chciałby go obchodzić, są jednak rzeczy, nad którymi nie możemy zapanować, jak mówi Magdalena Modlibowska w wywiadzie z Katarzyną Suchowicz-Hermą, psychologiem zajmującym się m.in. wspieraniem kobiet, które doświadczyły utraty dziecka.

KSH: Magda, 15 października obchodzimy Dzień Dziecka Utraconego. Ty masz za sobą taką stratę, i to niejedną. Musiałaś zmierzyć się z utratą dziecka poczętego, ale był też moment, kiedy żegnałaś się z możliwością macierzyństwa biologicznego.

MM: Tak, z perspektywy doświadczeń widzę, jak przełomowe są to momenty. Bardzo podobne, choć wydają się czymś innym. Ja nazywam je stratą mentalną i stratą fizyczną. Ale tylko na własne potrzeby, bo de facto druga zawsze występuje z pierwszą – w macierzyństwie adopcyjnym doświadczyłam jednak pierwszej bez drugiej. I to jest tak samo silne przeżycie, gdy uświadomiłam sobie, że oto nie mam szansy na zajście w ciążę, na urodzenie biologicznego dziecka. To był cios w moje poczuciu wartości jako kobiety i matki.

Mimo że nie mieliśmy z mężem postawionej jednoznacznej diagnozy niepłodności, to jednak uświadomienie sobie, że te trudności z zajściem w ciążę mogą oznaczać, że nigdy nie poczniemy dziecka, było doświadczeniem straty. Pamiętam, gdy psychologowie, z którymi przechodziliśmy procedurę w ośrodku adopcyjnym, nakierowali mnie w rozmowie na to uświadomienie. Z taką radością i pewnością siebie wyliczyliśmy, co jeszcze wspólnie możemy osiągnąć i zdobyć, budowa domu, podróże, latanie na szybowcach… i nagle pada pytanie: „A czy jest coś, co być może nigdy wam się nie uda?”. Argumentowałam, że nie ma takiej możliwości, bo jesteśmy młodzi, zdolni, bogaci i możemy wszystko, to tylko kwestia motywacji i pracy i nagle… jak grom uderzyła mnie myśl i cichutko powiedziałam niemal ze łzami w oczach: „Możemy nigdy nie urodzić biologicznego dziecka”. Jakby ktoś zgasił wszystkie światła i zaciągnął kotary nocy. Właśnie zaczęłam uświadamiać sobie stratę biologicznego macierzyństwa. Mimo że nie miałam wtedy za sobą doświadczenia fizycznego poronienia.

Takie mentalne poronienie jest niesłychanie potrzebne w rodzicielstwie adopcyjnym i ja uważam, że dzięki temu, że przeszłam przez nie jak przez normalne poronienie – teraz mogę to już porównać – łatwiej przyjęłam swoje macierzyństwo adopcyjne jako dar i jako spełnienie. Przeżyłam żałobę i z czystymi emocjami weszłam w przyjęcie nowego istnienia. Ono nie musiało nawet gdzieś tam w podświadomości zastępować mi braku biologicznego macierzyństwa, bo już zamknęłam tamtą stratę. To jest trudne do wyobrażenia, ale niesłychanie potrzebne i wartościowe, aby łatwiej i w pełni emocjonalnie wejść w adopcję. Później, już jako matka trójki dzieci, przeżyłam straty fizyczne i to utwierdziło mnie w przekonaniu, że ta pierwsza strata mentalna mojego biologicznego macierzyństwa była tak samo silna i szalenie wartościowe było jej przeżycie.

KSH: Dla kobiety pragnącej mieć dziecko zarówno wizja utraty możliwości bycia matką biologiczną, którą nazwałaś stratą mentalną, jak i poronienie są bardzo trudnym doświadczeniem.

W jaki sposób poradziłaś sobie z każdą z tych strat?

MM: Z każdą radziłam sobie właściwie tak samo, jeśli chodzi o proces, chociaż każda była inna, jeśli chodzi o okoliczności i moje doświadczenie. Myślę, że nie powiem nic odkrywczego. Najpierw uświadomienie sobie, że to nie jest błahostka, że „to się zdarza i świat się nie zawalił”. Mnie się zawalał za każdym razem, i to tak, jakby naprawdę już nic dobrego nie miało mnie spotkać. Czułam ogromny smutek, żal, dużo płakałam, przy pierwszym fizycznym poronieniu wręcz rozpaczałam. Pamiętam, jak siedziałam w łazience u przyjaciółki i wtulona w nią płakałam kilka godzin. Potem przez dłuższy czas byłam smutna i wciąż płakałam, nie miałam ochoty na nic i pozwalałam sobie na to NIC. Leżałam głównie schowana w sypialni i rozmyślałam, co by było, gdyby się to nie wydarzyło. Jakie byłoby to moje dziecko.

Najtrudniej było, gdy ciąża była bardziej zaawansowana i wiedziały o niej dzieci. Okazały się jednak doskonałym wsparciem, szczególnie najstarsza córka, wtedy 12-latka. Miałam dodatkowy stres, że rozpaczam, gdy tutaj obok mam takie cudowne dzieci. Ona wtedy powiedziała: „Musi ci być bardzo ciężko, że straciłaś tego dzidziusia”. To było tak naturalne, poczułam, że dostałam jej pozwolenie na ten smutek. Przecież to, że rozpaczam za straconym dzieckiem, nie umniejsza miłości do tych, które mam. Wspaniała myśl. Z czasem, i to za każdym razem innej długości, przychodziło coraz więcej radosnych myśli i płacz ze smutkiem wygaszały się. Żałuję, że dopiero za ostatnim razem zrobiłam rytualny pochówek mojego dziecka, wtedy to było możliwe, bo miałam faktycznie co pochować. Ale razem z nim pożegnałam wszystkie stracone dzieci i to było bardzo pomocne. Miałam granicę, do której mogłam się odnosić, i miejsce (chociaż symboliczne, nie na cmentarzu), w którym mogłam zostawić ten ból. Dopiero po latach zdecydowałam się odwiedzić to miejsce, ale myślałam o nim i czułam coraz większy spokój. To było takie symboliczne zakończenie tej straty i pozostała mi żałoba, którą za każdym razem przeżywam w dużym smutku, ale o różnej długości.

KSH: Powiedziałaś, że bardzo ważne było dla Ciebie to, że dostałaś przyzwolenie na smutek. Z psychologicznego punktu widzenia to rzeczywiście niezwykle istotne, żeby w obliczu straty pozwolić sobie na smutek, na jego przeżycie, dopuścić do siebie wszystkie trudne emocje, pozwolić im wybrzmieć po to, by ostatecznie straciły na sile.

Czego jeszcze potrzebowałaś w tych ciężkich chwilach?

MM: Świętego spokoju, ale też bliskości drugiej empatycznej osoby. Nie chciałam pocieszania i rad, tylko przytulania i współczucia. Mnie samej łatwiej było pozwolić sobie na bycie w płaczu i smutku, gdy ktoś inny też mi na to pozwalał. To zdanie córki czy ramiona przyjaciółki, w których wylewałam morze łez, a ona tylko mówiła: „To musi być straszny ból, nie umiem sobie wyobrazić, jak cierpisz” i przytulała, i podawała chusteczki. Potrzebne tez było fachowe spojrzenie kogoś, kto umie rozpoznać, czy ta rozpacz ma faktycznie racjonalne rozmiary, ławo przegapić objawy depresji. Byłam w tej komfortowej sytuacji, że ta przyjaciółka jest też psychologiem.

KSH: Tak jak mówisz, opisując swoje osobiste doświadczenie, osoba przeżywająca stratę potrzebuje przede wszystkim empatii i zrozumienia, ale bez pocieszania i dawania rad. Czasem wystarczy po prostu czyjaś milcząca, serdeczna obecność, przytulenie. Niekiedy, by przetrwać okres żałoby, warto też skorzystać z możliwości wsparcia psychologicznego.

Co jeszcze było dla Ciebie pomocne, by przejść przez ten bolesny proces?

MM: Pogrzeb. Tak, ten symboliczny, malutki, w gronie trzech kobiet. Ale niesłychanie oczyszczający. Uważam, że za każdym razem robiłam taki „pogrzeb”, jednak uświadomiłam to sobie dopiero po tym najbardziej spektakularnym. Bo jak inaczej nazwać to, że po każdym poronieniu zbierałam test z dwiema kreskami, zdjęcia USG i przez kilka dni celebrowałam je w płaczu, aż wreszcie wszystko pakowałam do woreczka i wyrzucałam. Żałuję, że nie zrobiłam z tego większego wydarzenia, polegającego choćby na wyjściu na łąkę, plażę czy do ogródka i spaleniu ich czy zakopaniu. To dawało mi poczucie, że odtąd uruchamiam „zwyczajną” żałobę, jak po czyjejś śmierci, i ta żałoba się skończy, bo przecież zawsze się kończy.

KSH: Rzeczywiście, możliwość pożegnania się, choćby symbolicznego, zazwyczaj pomaga w procesie przejścia przez żałobę i rozpoczęciu nowego rozdziału w życiu.

A jak dziś patrzysz na te wszystkie doświadczenia? Jak wpłynęły na Twoje życie?

MM: Waham się, czy powiedzieć, że dobrze, że je przeżyłam. Bo to brzmi jak paradoks, ale one bardzo mnie wzmocniły. Cóż jeszcze trudnego może mnie w życiu spotkać, skoro przeżyłam śmierć własnego dziecka? Nauczyły mnie też pokory i szacunku do swojego życia. Są rzeczy, nad którymi nie mam panowania, koniec kropka. Mam też dzięki temu wszelkie możliwe macierzyństwa w swoim portfolia, co sprawia, że mogę być lepszym wsparciem dla innych kobiet, bo naprawdę rozumiem – matki adopcyjne, matki biologiczne, kobiety i matki po stracie. Wiem, co przeżywacie. Wiem, jak to boli, i wiem też, że ten ból się kończy, mimo że pamięć smutku pozostaje. To jedna strona medalu. Ale oczywiście wolałabym, żeby moje życie było wypełnione tylko szczęśliwymi momentami i żebym nigdy nie musiała przeżywać tak trudnych emocji. Każdy marzy o sielance, a nie wchodzeniu po wysokich schodach!

Katarzyna Suchowicz-Herma jest psychologiem – absolwentką Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej (obecnie Uniwersytet SWPS). Ukończyła I i II stopień szkolenia terapeutycznego w Centrum Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach oraz inne szkolenia specjalistyczne, w tym m.in. „Kontakt z osobą w żałobie”. W obszarze jej zawodowych zainteresowań znajduje się przede wszystkim wspomaganie rodzin w rozwiązywaniu istniejących problemów oraz budowaniu dobrych wzajemnych relacji. Ponadto wspiera kobiety po stracie dziecka (poronieniu) i zmagające się z depresją poporodową. Prowadzi Poradnię Psychologiczną „Bezpieczne Relacje”.

http://bezpiecznerelacje.pl/

Fundacja współpracuje z Katarzyną Suchowicz-Hermą jako psychologiem, właśnie przygotowujemy wspólny projekt dotyczący przechodzenia przez stratę i depresję poadopcyjną, a o szczegółach poinformujemy wkrótce. Już teraz jednak rekomendujemy zwracanie się do Kasi po wsparcie w przypadku poczucia straty po poronieniu lub straty rodzicielstwa biologicznego w czasie przygotowań do adopcji.