Czym jest adopcja, dowiemy się z tysięcy portali. Ustawa nazywa adopcję przysposobieniem. Na kilku niezłych blogach są z kolei definicje płynące z serca. Wiadomo też dość powszechnie, że dwie najważniejsze sprawy nierozerwalnie związane z adopcją to jawność i motywacja. 

Właśnie na motywacji chciałabym się teraz skupić. Myślałam, że napisałam i powiedziałam już na ten temat wszystko. Ale przecież wciąż są nowe osoby, które po raz pierwszy spotykają się z rodzicielstwem adopcyjnym, niekoniecznie doświadczając go osobiście. Rozmawiałam kilka dni temu z młodą, społecznie zaangażowaną prawniczką. To wspaniała osoba, która wykorzystuje swoją wiedzę, czas i pieniądze, aby pomagać dzieciom jak najszybciej znaleźć się w rodzinach – nie zawsze biologicznych. W jej wypowiedzi usłyszałam stereotyp nieustająco pokutujący w naszym społeczeństwie, stereotyp bohaterstwa rodziców adopcyjnych. W odpowiedzi przedstawiłam jej pokrótce swoją historię, przyczyny, dla których zgłosiłam się do ośrodka adopcyjnego.

Czytelnicy moich książek i artykułów wiedzą już, że była to przede wszystkim potrzeba zaspokojenia swojej ogromnej potrzeby wejścia w rolę matki. Potrzeby stania się dla dziecka tą jedyną i najważniejszą osobą, która je wychowa i wprowadzi w dojrzałe życie. Mieliśmy ambitne plany wielodzietnej rodziny, a po latach małżeństwa – pięknie uporządkowane kariery i styl życia. Życia, w którym wciąż brakowało dzieci. Oczywiście wchodząc do ośrodka, mieliśmy w głowie tylko jedną myśl: chcemy pomóc jakiemuś nieszczęśliwemu dziecku. Chcemy zabrać je z tego okropnego domu dziecka i podarować mu wspaniale życie w cieple rodzicielskiej miłości. Było to oczywiście prawdą, bo już planując rodzicielstwo jako młode małżeństwo, nie zakładaliśmy, że wszystkie nasze dzieci musimy płodzić i rodzić sami. Możemy po odchowaniu tych biologicznych przygarnąć jakieś dziecko potrzebujące rodziny i w taki sposób spełnić marzenie o wielodzietności. Ale czy to było faktyczne, najgłębiej skrywane pragnienie? Wystarczyło kilka szczerych rozmów z psychologami w ośrodku i rozważania mojego męża: „Może rodzina zastępcza? Może rodzinny dom dziecka?”, żebym głośno wykrzyknęła: „Zaraz, zaraz, ale ja po prostu chcę być mamą!”. I wtedy nagle wszystko stało się jasne. Pozwoliłam sobie na swoje własne pragnienia, spojrzałam w głąb siebie i zrozumiałam, z jaką stratą przyszłam do ośrodka. Pozwoliłam sobie na żałobę po moim biologicznym macierzyństwie. Otworzyłam siebie tak mocno, że z łatwością przyjęłam moje dziecko. Ze wszystkim, co ze sobą niosło. Jak bardzo było to wówczas ważne, widzę dopiero teraz i chętnie opiszę w innym tekście. Teraz jednak chcę się zmierzyć z łatką „bohaterstwa”. Taki stereotyp odbiera nam część prawdziwości naszego bycia razem. Bo przecież najbardziej potrzebujemy tej rodzinnej „zwykłości”. Zarówno my, zranieni niepłodnością rodzice, jak i nasze dzieci, zranione opuszczeniem. Nie chcę być bohaterką, ale zwyczajną, codzienną matką. 

W adopcji potrzebny jest altruizm, ale jest w niej też miejsce na egoizm. Egoizm bycia rodzicem. I nie wiem, czy jest na tym świecie ktoś, kto potrafiłby dokładnie określić, w jakich proporcjach powinny one występować, żeby można było powiedzieć: „Oto motywacja idealna”. To niesłychanie indywidualny i niemierzalny czynnik, który jakimś cudem, pewnie nie bez pomyłek, próbują określić psychologowie z ośrodków adopcyjnych. Z własnego doświadczenia wiem, że im bardziej zaufamy pracownikom ośrodka i otworzymy się na swoje myśli i odczucia, tym łatwiej będzie zidentyfikować naszą motywację – przede wszystkim przez nas samych. Jasna sprawa, w ośrodkach są różni ludzie, tak jak różni są kandydaci na rodziców. Ale nie umiem sobie wyobrazić takiego przepisu prawa, który byłby w stanie sformalizować ocenę motywacji – tak jak nie można określić konkretnego wieku kandydatów czy ich stażu małżeńskiego. Ale o tych punktach kwalifikacji napiszę innym razem. Ze swojego egoistyczno-altruistycznego spojrzenia na te kwestie.